18-11-2010 15:21

Felieton: Avatar okiem gracza

Nie, nie zauważyłem tej – tak zwanej – 'rewolucji'...
Autor: Przemek 'Gonz' Pawełek
Redakcja: frastie

Felieton: Avatar okiem gracza Być może macie wątpliwości: co tekst o nowym dziele Camerona może robić w dziale konsolowym? Czy komuś się przypadkiem nie pokręciło, że wrzucił go tutaj zamiast do filmowego zakątka Poltera?

Spokojnie, wszystko pod kontrolą.

Będąc graczem od lat z zaciekawieniem patrzę na ewolucję gier komputerowych – ich dojrzewanie do miana samodzielnego medium, wykraczanie poza formułę niezmąconej niczym zabawy. Cyfrowa rozrywka długo traktowana była jako niewydarzona, uboga siostra kina. Autorzy przez kolejne lata zdradzali wyraźny kompleks niższości, który zaleczyć miało tworzenie filmów interaktywnych, czyli tworów, które ani filmowe nie były, ani pograć zbyt intensywnie nie pozwoliły. Swoistą rewolucją okazał się być Metal Gear Solid, który udowodnił, że wykorzystanie kinowych technik narracyjnych czy efektów może być tylko zabiegiem, elementem rozwoju indywidualnego języka gier. Formuła filmu przestała być niedoścignionym wzorcem. Dziś designerzy gier już bez kompleksów coraz śmielej eksplorują możliwości, jakie daje im tworzenie interaktywnej rozrywki.

Zaloguj się aby wyłączyć tę reklamę

Tymczasem kino, choć jeszcze nie kiwa się nad grobem, wydaje się powoli dochodzić do granic swoich możliwości jako medium. Ma prawo, w końcu posiada swoje lata. Specjalistom z Hollywood pozostaje więc zerkać, co tam za miedzą i włączać do swoich produkcji to, czym obecnie interesuje się ich target. A target gra na konsoli bądź pececie. I to dużo. Właśnie grom, jako źródłu inspiracji do filmów, poświęcony będzie niniejszy tekst – a że potrzebny nam aktualny przykład, oprzemy się na Avatarze.

A jak gry mogą inspirować filmowców? Różnorako. Mogą inspirować bezpretensjonalnie, rozrywkowo i z dużą dozą autodystansu. Dzięki temu powstają takie produkcje jak obie części Adrenaliny, w których brakuje tylko paska energii bohatera w rogu ekranu. Mogą też inspirować do tworzenia dzieł wtórnych, ale lansowanych na kinową rewolucję. Którą to rewolucją Avatar, bo oczywiście o nim mowa, nie jest. Bo ja, panie Cameron, już grałem w takie rzeczy dziesiątki razy, ale wtedy przynajmniej sam trzymałem pada.

Nie widzę sensu rozwodzić się nad filmowymi aspektami dzieła – od tego jest stosowny dział Poltera. Warto jednak nadmienić, że gigantyczna promocja uprawiana za mega budżet przez cały poprzedni rok wtłaczała nam w głowy, iż czeka nas przewrót w kinie. Dlatego że kreacja świata. Dlatego że całość niemal generowana komputerowo. Dlatego że w 3D. Głębię fabuły i autentyzm psychologiczny postaci przemilczano. Jakoś dziwnie skupiono się na częściach dzieła, które ani nowatorskie nie są, ani aż tak bardzo nie wiązano ich dotąd z filmem.

Zacznę może od techniki 3D. Rozpoczął się szał. Teraz, po Avatarze, nie ma już sensu robić nieprzestrzennej produkcji, bo to już passé. Tylko gdzie tu novum? Trójwymiarowe produkcje, co prawda niszowo, ale powstają od dekad. W ostatnich latach pojawiło się ich więcej, więc gdzie progresja? Ba, rozrywka interaktywna poszła przecież dalej jakoś tak przed piętnastoma laty. Pomijam gry pokroju Magic Carpet, które sprzedawano z okularkami umożliwiającymi po włączeniu specjalnego trybu grę w prymitywnym 3D. Już te naście lat temu był boom (fakt, że okazał się być niewypałem) na hełmy wirtualne, w których wizjery wyświetlały dla każdego oka stosowny obraz, dając w efekcie złudzenie przestrzeni. Sesja w Dooma na takim hełmie przyprawiła mnie swego czasu o szok i zawrót głowy. Skucha, panie Cameron. To już było.

Co w takim razie? Kreacja świata? Cały świat z własnym ekosystemem, rasą inteligentnych humanoidów i zwierząt różniących się od tych ziemskim głównie tym, że mają dodatkową parę łap? Marketingowcy dobrze się napracowali, żeby zrobić ludziom wodę z mózgu. Najsmutniejsze jest to, że w dużej mierze się udało. A Władca Pierścieni? Przecież tam Jackson dokonał cudu, tworząc świat, który nigdy nie istniał. Ktoś odpowie – w rzeczywistości i w filmach nie, ale w prozie Tolkiena i owszem. No dobra, to może inna trylogia – Gwiezdne Wojny? Kreacja świata barwniejsza, pełniejsza, bo niedotycząca tylko jednej planety, głębsza, bo i ras inteligentnych więcej i nie tylko wygląd i języki je różnią, ale często nawet aparat mowy umożliwiający jedynie ryczenie bądź bekanie. W dodatku tam prawie wszystko jest wyjaśnione – nawet jeśli pozornie nie ma racji bytu. Nie ma sytuacji, że góry unoszą się w powietrzu, bo to odpowiada wizji artystycznej reżysera. No ale i Gwiezdne Wojny, i Władca Pierścieni to produkcje, które nie wbiły się aż tak do mainstreamu jak nowe dzieło Camerona, o czym świadczy choćby skala wpływów z kin.

To ja może wrócę do gier. A co z Gears of War? Mamy Serę, planetę gdzieś w bardzo odległej galaktyce, o własnej historii, technologii i architekturze. Są dzieje konfliktu z futurystycznymi orkami, które wypełzają z jam w ziemi, by zacząć niekończącą się wojnę z gatunkiem ludzkim. Bohaterowie mają własne opowieści, których w grze nie pokazano w pełni, ale zostały przynajmniej zasugerowane. Są to ludzie – może nieco komiksowi – ale jednak z krwi i kości, z emocjami i pragnieniami, tacy, którzy popełniają błędy, lecz chcą je naprawiać. Są jacyś. Coś o nich wiemy. Słucha pan, panie Cameron? Pewnie, że nie. Pan wie swoje. Kolejny przykład? Halo. Można narzekać, że z zieloną puszką na sterydach nie da się identyfikować, ale całej trylogii (i dodatkom) nie można odmówić epickości. To wielka, międzygwiezdna batalia pełna rozmachu, która nie ustępuje poziomem kreacji Avatarowi ani na krok. Na marginesie – czy tylko mnie te małe helikoptery z filmu Camerona kojarzyły się z Hornetami z Halo 3? Dość już z X360. To może przykład z platformy Sony? Polecę tym samym tropem – też będzie shooter. Seria Killzone – kolejna pełna rozmachu wojna ze swoimi punktami zwrotnymi, swoimi bohaterami, z lokacjami, które mają własny charakter, gdzie przemieszano wątki ze znanej nam historii z fantastyką i wyszło coś zupełnie nowego. Nie wiem zresztą, dlaczego powołuję się tylko na świeższe produkcje, w końcu dla graczy to też nic nowego. Przemyślaną koncepcją 'innego świata' prawie 20 lat temu porażał już Another World.

Co w takim razie robi jeszcze w filmie wrażenie? Wysokiej jakości grafika komputerowa, którą wykorzystano do wykreowania tego, czego nie ma. Wow. Normalnie jestem pod wrażeniem. Powaga. Przyznać trzeba Cameronowi, że wykorzystując komputery wyważył zamknięte drzwi. Tylko że miało to miejsce jeszcze przed Avatarem - tego samego roku, w którym ukazał się wspomniany Another World, nakręcił Terminatora 2. Wtedy pokazał do czego można wykorzystać CGI. W pełni moc komputerów wykorzystał dopiero Matrix, a po nim produkcje w całości powstające na blue boxach. Ewolucję zakończył prawie dziesięć lat temu Final Fantasy: the Spirits Within pokazując, że generowani cyfrowo aktorzy mogą być niedługo fotorealistyczni. Wtedy wydawało się, że już są. Od tamtego czasu kolejne produkcje 'z komputera' podwyższają tylko poprzeczkę. Avatar podniósł ją jedynie na jeszcze wyższy poziom, tylko że mnie jako graczowi jakoś szczególnie dobrze to nie robi. Z komputerową grafiką obcuję niemal na co dzień, grając na konsoli. Oszołomił mnie swego czasu krajobraz morskiej planety w pierwszym Mass Effect. Poraziły autentyczne lokacje, po których można się wspinać w Assassins Creed 2. Trudno jest mi zapomnieć wrażenie, jakie zrobiło zamczysko wyłaniające się zza zaśnieżonej góry gdzieś na początku Devil May Cry 4. Motion capture bohaterów Uncharted 2 walnął mnie w czoło tak mocno, że zapomniałem, że patrzę na grę. To co wyczynia z mimiką bohatera Heavenly Sword Andy Serkis to w ogóle zupełnie indywidualny poziom mistrzostwa. I ja mam być pod wrażeniem grafiki z Avatara? Sorry, James. Za dużo gram na konsoli i zbyt płynny dla mnie jest rozwój grafiki komputerowej, bym padł na kolana.

Może to za mało, żeby porównywać tę grę... ten film do gry. Pozostają jeszcze dwa aspekty. Pierwszym jest konstrukcja dzieła, która po prostu 'growością' bije mnie w twarz. Najpierw mamy intro, gdy Jake Sully trafia na Pandorę, potem poznajemy realia i dowiadujemy się, czym są avatary. Po podłączeniu bohatera do smerfa zaliczamy tutorial – koordynacja ruchowa, chodzenie, bieganie, skakanie, pierwsze starcie z lokalnym monstrum, zwrot akcji, wkręcamy się w fabułę. Czy raczej coś, co udaje, że jest fabułą, żeby się krytycy nie czepiali. I tak się czepiali, mogli ją sobie w filmie darować. Nieważne. A więc jesteśmy po tutorialu, wiemy jak się ruszać bohaterem, wchodzimy w fazę uproszczonego erpegowego rozwoju postaci w sandboxowej przestrzeni. Coś jak w Assassins Creed 2. Rozwijamy zdolność komunikacji, poznajemy lepiej świat, dostajemy itemy, uczymy się nimi posługiwać, levelujemy, zwiększamy skilla bojowego, dostajemy więcej hitpointów itd. Uczymy się jeździć na sześcionogich rumakach, przechodzimy testy, próby (czyli subquesty), by ostatecznie obłaskawić wredne ptaszysko. Potem jest sekwencja motywujących spiczy, też w stylu erpegowym. Jednak w grze – zamiast odnieść skutek – najpewniej zaowocowałyby co najmniej ujemnymi XP albo nawet ukamienowaniem bohatera przez jego rozmówców i zakończeniem zabawy. By nie spoilerować pominę kwestie fabularne i przejdę dalej. Po etapie rozwoju bohatera i rozkręcenia akcji dochodzimy do epickiej sieczki, która wypełnia chyba 1/3 filmu. Jest masowa walka (z elementami planowania taktycznego), jest potyczka z Wielką Machiną (rozgrywana za pomocą serii szybkich QTE), która w normalnej grze byłaby traktowana jako walka z mid-bossem, jest wreszcie na końcu etapowa walka z bossem. Finał, outro, piosenka i lista płac. W efekcie całość to 3-godzinny filmik z gameplayu pozbawiony możliwości interakcji. Po prostu patrzymy jak ktoś gra za nas. I to momentami mocno nudzi.

Pozostaje mi drugi growy aspekt, o którym nie wspomniałem. Tak naprawdę ten film to historia o gamingu. Klasycznym hardkorowcem jest oczywiście sparaliżowany Sully, jego postacią – avatar. Gość niczym koreański nastolatek zatraca się w świecie gry, który jest piękniejszy od rzeczywistości. W końcu w grze może chodzić, a dzikie zakątki Pandory przedstawiają się dużo ciekawiej niż baza, do której jest uwiązany. Nowe uniwersum wciąga, uzależnia, facet zaczyna tracić kontakt z rzeczywistością. Przestaje się myć, golić, nie chce mu się jeść, najważniejsze jest dla niego być w skórze niebieskiego klona i realizować swojego questa. Aż dziw, że ma twarz Sama Worthingtona, a nie pryszczatego małolata w kraciastej koszuli. W tym przypadku gra okazuje się być dosłownie rozumianymi wrotami do Lepszego Świata, możliwością przeniesienia egzystencji na inny poziom. Gloryfikacja World of Warcraft? Nie sądzę. Prędzej Cameron kombinuje już nad dalszym etapem swojej wyimaginowanej rewolucji, kiedy to będziemy zamykać się w podtrzymujących życie kokonach, podpinać układ nerwowy przez łącze USB do serwera i w binarnym świecie w stylu lepiej dopracowanego Second Life żyć życiem pięknych, bogatych i wiecznie młodych. Może będzie to świat Pandory. Może Dzikiego Zachodu. Może feudalnej Japonii. Ale to już czysta hipotetyka. Najważniejsze, że postać Sully'ego nie kończy zgonem z niedożywienia, ufajdana własnymi fekaliami wewnątrz terminalu sterującego avatarem. Zamiast tego ratuje świat. Czyżby zmieniał się coraz bardziej kulturowy stereotyp gracza? Wyraźnie tak, tylko mało kto zwrócił na to uwagę, rajcując się w tym czasie 'pięknem i bogactwem' wykreowanego w głowie reżysera i na stacjach graficznych świata Pandory.

Podsumowując – nie, nie chylę czoła. Doceniam wysiłek i setki, jeśli nie tysiące godzin, spędzonych nad urzeczywistnieniem wizji Camerona. Wizji, która była jego marzeniem - i jako film jest dla mnie właśnie realizacją marzenia bogatego i wpływowego gościa, która to realizacja nie robi mi ani dobrze, ani źle. Pozostaję fanem obu części Terminatora czy Obcego, ale do Avatara raczej nie wrócę. Czekam natomiast na gry, które będą tak wyglądać. Może nie będą miały bardziej skomplikowanej fabuły, za to dadzą mi możliwość czynnego uczestniczenia w przygodzie. Takie gry się pojawią, i to wkrótce. Nie będzie im towarzyszył ogólny szał, że mamy do czynienia z rewolucją (nawet jeśli będą w 3D), bo to po prostu kolejny etap ich rozwoju, który w końcu nadejdzie. Raczej szybciej, niż później.



Słowa kluczowe:

Avatar

Powiązane artykuły:

» James Cameron’s Avatar: Gra komputerowa (recenzja - Qrchac)
» Polecamy / Odradzamy w grudniu
» Podsumowanie 2009 roku
» Avatar
» Avatar (recenzja - nimdil)

Powiązane noty:

» Avatar

Powiązane wieści:

» Plany Camerona
» Nowe wieści z produkcji sequeli Avatara
» 50 najlepszych efektów specjalnych w historii kina
» Nadchodzi parodia Avatara
» Mroczne widmo 3D nadchodzi


Waszym zdaniem...

arakin
Ocena:
0
(+1) [troll]
Świetny artykuł. Nie mam nic więcej do dodania :)
18-11-2010 17:42
Morel
Ocena:
0
(+1) [troll]
Art baaaardzo fajny - kawał porządnej i dobrej roboty!
18-11-2010 18:10
von Mansfeld
Ocena:
0
(+1) [troll]
...dzięki temu artykułowi wiem, że nie warto iść na Avatar. ;) Bardziej opłacać się będzie rozbudowanie architektury kompa i kupienie jakiejś nowej gierki akcji.
18-11-2010 18:16
Ocena:
0
(+1) [troll]
Bardzo dobra robota, podziwiam.
18-11-2010 22:06
Nuda i lipa
Ocena:
+9
(+1) [troll]
Tymczasem kino, choć jeszcze nie kiwa się nad grobem, wydaje się powoli dochodzić do granic swoich możliwości jako medium.

LOL. Generalnie tu odpadłem, ale neishin linkował to przemęczyłem dalej.

Artykuł jest próbą brylowania poprzez postawienie wydumanej tezy a następnie zgrywanie erudyty przy obśmianiewaniu jej. Avatar jest rewolucją, ale tylko w warstwie produkcyjnej i nie chodzi tu o 3D (choć tu ma sporo do powiedzenia). W pewnym momencie bezwładność hajpu doszła do takiego etapu, że po filmie ludzie marudzili, że nie wypaliło im oczu, że seans w kinie nie wyleczył raka. Jeśli idzie o treść to miało być wielgaśne kino w oldskulowym stylu - epickie, z płytkim morałem, widowiskowymi scenami, wątkiem miłosnym itd. Cel zrealizowany w 100%.

Że 3D było w grach... super, ale o co chodzi? Wjazd pociągu na stację był zanim wynaleziono tranzystor. O kurcze ale staroć. Przestańmy robić filmy. I gry komputerowe. Autor zaplątał się w sweterek.

Kreacja świata? A kto powiedział, że Tolkien i Lucas tego nie robili? A kto w to uwierzył? Znowu ten żałosny chwyt - postawić głupią tezę a potem radośnie ją obalić.

No ale i Gwiezdne Wojny, i Władca Pierścieni to produkcje, które nie wbiły się aż tak do mainstreamu jak nowe dzieło Camerona, o czym świadczy choćby skala wpływów z kin.

Jezusie niebieski... Avatar skosił niecałe 3 mld. w kinach. Z Blu-Rayem, grami, albumami do kolorowania i całym szajsem może dobił do 4 mld. Gwiezdne wojny w/g szacunków z przed kilku lat zarobiły 20 miliardów. Więc o czym kolego mówicie?

Jedziemy dalej... aż byłem ciekaw czy będzie o Halo i GoW. Odsyłam do Terminatora i maszyn Hunter Killer. Może wariat ze mnie ale T2 jest z 1991 roku, a Halo z 2001. Więc znowu na moje oko ktoś tu się nie może wyplątać ze sweterka. Wtórność w CAŁEJ twórczości to standard. W kinie, grach komputerowych, literaturze i muzyce. Get a helmet

Spirits Within... Avatar... Racja, w sumie żaden postęp. Heavenly Sword ten sam poziom. Nie mam pytań.

"Konstrukcja dzieła" jest zestawiona w tak banalny sposób, że pierdylion filmów jest bardziej "growych". Znów chciałoby się spojrzeć na Terminatory, które są sekwencjami pościgów, a T2 to na konstrukcyjnie remake T1.

Hipotetyki komentować nie mam sił. Myślę, że Cameron nie będzie dziś płakał w podusię, bo nie padłeś na kolana :) Tekst razi banałami, płycizną na miarę scenariusza Avatara i straszliwie banalnym chwytem, rodem z naszej polityki - kreowania durnej tezy i pastwienia się nad nią. Na bloga to może by i pasowało, ale jako tekst hucznie zwany felietonem jest po prostu niedojrzały.

Ostatnio nabieram alergii na teksty w sieci usiłujące być felietonami. Polecam poczytać papierowe felietony.
18-11-2010 23:13
Ocena:
+1
(+1) [troll]
Cravenie,
ale Ty jesteś fanbojem Avatara.

Czy naprawdę warto kruszyć o niego kopię przy każdej okazji?
19-11-2010 04:42
~Stefan

Użytkownik niezarejestrowany
Niestety kiepsko
Ocena:
+1
(+1) [troll]
Craven, zgadzam się w 100%.

Drażni mnie jeszcze porównywanie złożoności fabularnej jednego filmu do całych serii, trylogii itp. Albo porównywanie 1:1 albo trzeba poczekać te pięć lat na A2 i A3 i wtedy zrobić to uczciwie.
19-11-2010 05:11
Ocena:
0
(+1) [troll]
Kiedy ja tu bardziej atakuję tekst niż bronię Avatara.

Zaakceptowałem już tą okrutną prawdę, że nie każdemu się podoba ;)
19-11-2010 12:26
dzemeuksis
Ocena:
0
(+1) [troll]
Uhhh, cośtam może w tym jest, ale kawałek o tym, że świat przedstawiony w Gwiezdnych Wojnach jest bardziej spójny od tego w Avatarze, bo

tam prawie wszystko jest wyjaśnione – nawet jeśli pozornie nie ma racji bytu. Nie ma sytuacji, że góry unoszą się w powietrzu, bo to odpowiada wizji artystycznej reżysera.

jest..., hmmm..., o, już wiem: odpowiada wizji autora felietonu.
19-11-2010 12:38
Ocena:
0
(+1) [troll]
A racja, to już z bólu przemilczałem, bo akurat "wyjaśnienia" gwiezdnowojenne to kpina, ale to fantasy, choć uwielbiam SW. Avatar ma pysznie przemyślany świat, nawet jeśli mocno naciągany miejscami.

Zabawne, bo scena z dodatkowym wyjaśnieniem latających gór wyleciała, bo była zbyt łopatologiczna. Jak widać niektórym by się jednak przydała.
19-11-2010 13:34
Malaggar
Ocena:
0
(+1) [troll]
BTW, żeby porównać mimo wszystko język, jakim gadają smurfy do "ota buta Solo" jakim gada Greedo i reszta kosmitów w SW (a o których to "językach" wiadomo, że w większości aktorzy/statyści mówili co im do łba przyszło), to trzeba być... mistrzem.
19-11-2010 15:27
~Galathar

Użytkownik niezarejestrowany
Ocena:
0
(+1) [troll]
Craven, Avatar dobił do prawie 3 mld z samego wyświetlania w kinach. To ile zarobi jeszcze zależy od dwóch czynników tego, czy będzie kontynuacja i tego czy marketingowo potencjał ten (nie mniejszy jak w przypadku Star Wars) zostanie wykorzystany. Wszystko zależy od gadżeciarstwa, etc. - Avatar miał doskonały start by stać się amszynką do zarabiania kasy. Jeśli zaś chodzi o porównywanie Star Wars, Władcy Pierścieni i Avatara w ten sposób, w jaki to się tutaj czyni, to ja pozostaję mocno sceptyczny - po prostu argumentacja nie klei mi się w ogóle.
Dodam może jeszcze od siebie dwie rzeczy:
1. Avatar był rewolucją, nawet jeśli nie techniczną i w sposobie produkcji filmowej (sic!) to na pewno jeśli chodzi o podejście filmowców do technik 3D. Okazało się, że można i że się opłaca...
2. Teza o wyższości gier 3D nad filmami 3D jest do D, bo jeśli przyjąć kryterium "pierwszeństwa" to jednak film, a nie gra. Jeśli zaś przyjąć, że gry trójwymiarowe (a virtual reality to co?:P) są lepsze bo interaktywne, to czemu Avatar zarobił te 3mld? Nie chodzi o medium. Chodzi o wrażenia.
3. Ktoś tu zapomina o Terminatorze 3D - ale to tak na marginesie
20-11-2010 01:15
Siman
Ocena:
+2
(+1) [troll]
Bezładny bełkot udający felieton udający tekst analityczny.

+66 Craven.
Mam tę samą alergię.
21-11-2010 21:16
Gonz
Ocena:
+1
(+1) [troll]
tekst analityczny? chyba się obrażę.

Craven - nie zrozumiałeś tekstu. nie chodzi o to że Avatar to nie rewolucja (chyba że w kwestiach marketingowych). chodzi o to że to prosta gra z dobrą grafiką gdzie zabrano mi pada. przepraszam że piszę to tak łopatologicznie.

z mojej strony EOT, bo i tak każdy wie swoje.
21-11-2010 21:49
Siman
@Gonz
Ocena:
+1
(+1) [troll]
Jeśli definiujesz "growość" jako schematyczność konstrukcji fabularnej, tworzenie własnych światów i bycie eyecandy*, to owszem, Avatar jest grą bez pada. Ale to dziwna definicja, bo Gwiedne Wojny w takim układzie były "growe" w chwili, gdy gry wideo znajdowały się w raczkującej fazie rozwoju. Wiec ktoś tu ma problem z pojęciem "wtórności" IMO.

Poza tym, faktycznie, jest gorzej niż myślałem. W felietonie padają dwie niezależne od siebie tezy, obie wydumane, a w dalszej części tekstu autor nie potrafi się zdecydować, którą akurat obala. Bełkot do kwadratu.


*Swoją drogą, ciekawe, że w tej definicji występują skrajnie oddalone od siebie zjawiska, które łączy jedynie to, że wszystkie występują w Avatarze i w NIEKTÓRYCH grach (znajdź mi światotworzenie w FIFie albo serii Total War). Coś dziwnie wybiórcza ta definicja.
21-11-2010 22:23
Malaggar
Ocena:
0
(+1) [troll]
(znajdź mi światostworzenie w FIFie albo serii Total War W Fifach ktoś tworzy alternatywną rzeczywistość w której Polacy umieją kopać piłkę, a w Total Warach masz armaty na słoniach i zwiadowców z czapkami niewidkami kryjących się na równej jak stół równinie ;)
Nie jest to aby alternatywna rzeczywistość?;)
21-11-2010 22:26
Gonz
Ocena:
0
(+1) [troll]
@Siman - w sensie stawiam sobie tezy które sam potem obalam? i Ty mi w tym samym akapicie zarzucasz bełkot?

nie przypominam sobie definiowania 'growości', co najwyżej strzelam odnośnikami. BTW zacytuj fragment o Fifie albo TW to chętnie rozwinę co mają te pozycje wg mnie z Avatarem wspólnego.

zresztą, zamykając chyba temat z mojej strony - ja zależności i możliwe wpływy widzę. poproszę o racjonalne (oraz pozbawione jadu) wytłumaczenie udowadniające że grami Cameron się nie inspirował. wtedy pogadamy.
21-11-2010 23:16
Siman
@Gonz
Ocena:
+2
(+1) [troll]
"@Siman - w sensie stawiam sobie tezy które sam potem obalam? i Ty mi w tym samym akapicie zarzucasz bełkot?"

Tak, owszem, stawianie tez w artykule tylko po to, by móc je później "zręcznie" obalić uważam za bełkot. Tak cię to dziwi?

"nie przypominam sobie definiowania 'growości', co najwyżej strzelam odnośnikami."

No i właśnie w tym problem. Najpierw stawiasz tezę, a później bierzesz za przykład cokolwiek ci do głowy przyjdzie. Jeśli wyciągnąć z tego jakąś syntezę, to wychodzi nam niespójny zbiór elementów, którego jedyną cechą wspólną jest podobieństwo Avatarem. Bełkot właśnie.

Felieton jest luźną formą literacką, ale to nie jest równoznaczne z pisaniem metodą strumienia myśli. Przynajmniej, jeśli zamierzamy to pokazać ludziom.

"zacytuj fragment o Fifie albo TW to chętnie rozwinę co mają te pozycje wg mnie z Avatarem wspólnego."

Przeczytaj mnie proszę jeszcze raz, ze zrozumieniem, to chętnie odpowiem.

"zresztą, zamykając chyba temat z mojej strony - ja zależności i możliwe wpływy widzę. poproszę o racjonalne (oraz pozbawione jadu) wytłumaczenie udowadniające że grami Cameron się nie inspirował. wtedy pogadamy."

Absurdalna prośba.

Raz, że ja do głowy Cameronowi nie wejdę. Może do zrobienia latających wysp zainspirował go Mario. Albo spadające klocki z Tetrisa, czort wie. Na tej zasadzie możemy mu zarzucić dowolną inspirację i powiedzieć: "udowodnijcie, że nie inspirował się hardkorowym porno, to pogadamy". Dopóki nie znajdzie się w serwisie ktoś, kto ma numer do Jamesa i nie zadzwoni z pytaniem, co mu do łba strzeliło, jak pisał scenariusz, argument jest nie do zbicia w zasadzie.

Po drugie: hola, hola, przed chwilą była mowa o "grze bez pada", a teraz spadamy do kategorii "inspiracje"? Wspinany przez ciebie Tolkien pisząc Władcę inspirował się kilkoma mitologiami i eposami, a mimo stworzył dzieło nowatorskie i oryginalne. Podobnie Lucas wojny z Imperium galaktycznym, ani autorzy Gears of War swoich futurystycznych orków z powietrza nie wyciągnęli. Każde dzieło kultury ma kilometrową listę świadomych i nieświdomych inspiracji i nie czyni to jeszcze z niego dzieła wtórnego.

Także zdecyduj się: czy rozmawiamy o luźnej inspiracji (a wtedy właściwie nie mamy o czym rozmawiać, bo każdy się z tobą zgodzi), czy o rżnięciu patentów na potęgę i "grze bez pada"? Bo to dwa różne tematy.
22-11-2010 00:42
Gonz
Ocena:
+1
(+1) [troll]
po kolei.

ad1 ja tez nie obalam. może stawiam. ale nie obalam. obalić próbujesz ty i Craven.


ad 2 i 4 przy okazji - growość - nie definiuję growości, bo to nawet w przypadku gier jest trudne do zdefiniowania i chyba takiej definicji nie ma. np Heavy Rain to niby gra, ale dla mnie jakaś taka mało growa. dla odmiany oglądająć Dead Race ze stathamem ręce same mi w kinie szukały pada. na Avatarze miałem ochotę przewijać nudne cut-scenki. wiesz o co mi chodzi w tekście, bo zauważasz coś takiego, albo nie. zbiór inspiracji czy nawiązań czy zapożyczeń czy czort wie co powodował że czułem się na seansie gry bez pada. dla mnie to jest w związku.

ad 3 - zastanawiam się czy to jest tak że ja rozumiem tamto zdanie ale ty nie rozumiesz mojego, czy po prostu stwierdziłeś że zripostujesz podobną figurą retoryczną. w obu przypadkach jesteśmy w martwym punkcie.
22-11-2010 10:56
Siman
@Gonz
Ocena:
0
(+1) [troll]
"ad1 ja tez nie obalam. może stawiam. ale nie obalam. obalić próbujesz ty i Craven."

To dlaczego piszesz o "lansowaniu na rewolucję" i "przewrocie w kinie" Avatara, a potem cztery bite akapity pastwisz się nad tym stwierdzeniem?


"wiesz o co mi chodzi w tekście, bo zauważasz coś takiego, albo nie."

Nie. Albo piszesz klarownie i ja wiem o co ci chodzi, choćbym konsoli nie widział nawet na zdjęciach, albo piszesz bełkotliwie i ja nie wiem o co ci chodzi, nawet jeśli myślę podobnie jak ty. Sugeruję drugą opcję.

Dlaczego? Ponieważ gdybyś napisał cały felieton w tym tonie, co ostatni komentarz, gdybyś zaczął od zdania "dlaczego siedząc w kinie czuję się, jakby ktoś mi zabrał pada?", to bym ci przyklasnął i sam może napisał notkę o przenikaniu się środków wyrazu.

Ale w twoim tekście jest jeden (słownie: jeden) akapit na ten temat - trzeci od końca. Bez komentarza pod tekstem wygląda to jak n-te z kolei skojarzenie, jakie wyprodukował twój mózg myśląc o Avatarze, wrzucone ni w pięć ni w dziesięć.

Tymczasem we wstępie stawiasz tonem znawcy twarde tezy: kino kiwa się nad grobem, kinu zostało już tylko rżnięcie na potęgę patentów z branży komputerowej, a ludziska mówią, że Avatar to rewolucja, ja wam mówię - bzdury gadają. A potem lecisz tym tonem przez większą część tekstu.

Wszystkie w/w tezy są bzdurne i przy każdej poległeś w artykule. Ale żeby było zabawniej: nie o tym chciałeś napisać. No powiedz szczerze: nie bełkot?


"growość - nie definiuję growości, bo to nawet w przypadku gier jest trudne do zdefiniowania i chyba takiej definicji nie ma."

To dlaczego z takim przekonaniem twierdzisz, że filmy są growe?! Na litość! Jeśli się bierze za temat, który trudno zdefiniować, to ma się dwie opcje do wyboru:

1. Przyjmujemy uproszczoną definicję na potrzeby tekstu, którą omawiamy na początku i zaznaczamy, że jest taka celowo. Albo:

2. Przyznajemy, także na samym początku, że sprawa jest mglista i opieramy się na naszych odczuciach, a potem unikamy zbyt zdecydowanych opinii (bo "mglistość" je wyklucza).

Pomijam opcję, w której piszemy najpierw naukowy artykuł ludyczny: "Growość - próba definicji", a potem dopiero felieton. ;) Natomiast pod żadnym pozorem NIE robimy wywodu o historii filmu oraz gier, śmierci tego pierwszego i nie mówimy "ja wiem, tak jest, patrzcie, oto liczne przykłady".


"ad 3 - zastanawiam się czy to jest tak że ja rozumiem tamto zdanie ale ty nie rozumiesz mojego, czy po prostu stwierdziłeś że zripostujesz podobną figurą retoryczną. w obu przypadkach jesteśmy w martwym punkcie."

Opcja trzecia: ty nie zrozumiałeś mnie. Wskazówka: mówiłem o wybiórczości tekstu, więc prawdopodobnie celowo wymieniłem gry, które ominąłeś w tekście.
22-11-2010 12:29
Gonz
Ocena:
+1
(+1) [troll]
od końca. a ja prawdopodobnie świadomie prosiłem o cytat, bo wiem że o tych grach nie pisałem, a nawiązanie do nich wydało mi się bezsensowne. a byłem wybiórczy z jakiegoś powodu. równie dobrze możesz czepnąć się filmu Gamer że tytuł nieuzasadniony i nie ma nic wspólnego z grami, bo ani to do Pac Mana podobne, ani do River Raid. mnie Avatar przypominał określony typ gier z gatunku action-adventure, więc wydawało mi się zbędne konkretyzowanie że nie chodzi mi np. o komputerowe czy konsolowe szachy.

growość i definiowanie - zauważ że tekst jest z działu konsolowego. tłumaczenie na początku co to jest 'growość', albo że nie da się jej określić, to wg mnie traktowanie czytelników jako co najmniej mało rozgarniętych (albo przynajmniej wyraźnie mniej rozgarniętych niż ja). ja nie definiuję. ja prezentuję pewien punkt widzenia.

'przewrót w kinie' i 'lans na rewolucję'. nie uważam tego za tezę. taka była otoczka marketingowa. tezą było by moje stwierdzenie że uważam ten film za rewolucję. wzmianka jak trąbił o filmie cameron, część mediów i widzów to akurat prawda obiektywna a nie teza (co zresztą niektóre powyższe commenty potwierdzają).

co do bełkotu itd - może faktycznie poleciałem na zbytnim fristajlu i przegiąłem z retoryką, może mogłem to napisać jak poprzedni komentarz. może mogłem tak napisać że byś przyklasnął. tylko że ja przekonywać nie próbowałem, a pokazać pewien punkt widzenia. z którym można się zgodzić. albo i nie.

piszesz że to tekst na dwa odmienne tematy. nie dla mnie. nie było rewolucji, bo ja w to już grałem. acz grafika była gorsza. ale mogłem kontrolować bohatera. to się łączy, o tym jest ten tekst. na alergię na styl jednak nie poradzę, wtedy wszędzie się znajdzie problem. dyskutujemy w końcu nie na temat 'czy Avatar można traktować jako nieinteraktywną grę', tylko 'czy autor bezładnie bełkoce czy nie'.

głupio się czuję pisząc o tym co napisałem, pocieszam się że nie każdy miał z odbiorem problemy, a niektórym się podobno nawet przyjemnie czytało.
22-11-2010 12:57
Siman
@Gonz
Ocena:
+1
(+1) [troll]
"growość i definiowanie - zauważ że tekst jest z działu konsolowego. tłumaczenie na początku co to jest 'growość', albo że nie da się jej określić, to wg mnie traktowanie czytelników jako co najmniej mało rozgarniętych (albo przynajmniej wyraźnie mniej rozgarniętych niż ja). ja nie definiuję. ja prezentuję pewien punkt widzenia."

Gdyby to był tekst z działu konsolowego dotyczący gier konsolowych, to bym słowem nie pisnął. Ale ty się bierzesz za bary z tematem "growość filmu". Co zacz - sam nie wiesz, powiedziałeś w komentarzach. Ale nie definiujmy, bo czytelnik rozgarnięty, sam sobie wymyśli, o co ci chodziło. No to już bzdura na kółkach - jeśli nie potrafisz mi powiedzieć, czym jest "growość" w filmie, to ja nie mam obowiązku wpaść na to za ciebie.

Także zdecyduj się: albo to jest oczywiste i nie trzeba o tym mówić (ale wtedy oświeć mnie maluczkiego i napisz jakiś konkret lepszy niż "ja tak czuję") albo to temat niejasny i wtedy powiedzieć o tym należy.


"'przewrót w kinie' i 'lans na rewolucję'. nie uważam tego za tezę. taka była otoczka marketingowa. tezą było by moje stwierdzenie że uważam ten film za rewolucję."

No ściśle mówiąc to była antyteza. Wziąłeś wyimek z marketingu Avatara i postanowiłeś go obalić. Co więcej - odniosłeś ten marketing do szerszego kontekstu kondycji filmu w ogóle, co już jest karkołomne. Reklama jest hiperbolą z definicji, równie dobrze można atakować kiełbasę wyborczą za to, że jest zbiorem pustych obietnic, a potem wyciągać z tego teorie o upadku naszego państwa. Znaczy, jasne, ludzie robią to codziennie jadąc rano autobusem do pracy, ale żeby robić o tym felieton - to już słabe trochę.


"tylko że ja przekonywać nie próbowałem, a pokazać pewien punkt widzenia."

I dlatego z twoim tekstem jest problem: nie chodzi oto, że mnie nie przekonałeś, tylko że nie przedstawiłeś wcale swojego punktu widzenia. Tzn. zrobiłeś to, ale w komentarzach. W felietonie była tylko retoryka, pusta, jak się okazuje. Styl nie ma tu nic do rzeczy, tekst kuleje u samych podstaw.
22-11-2010 13:36
Qrchac
Ocena:
+2
(+1) [troll]
To, że twórcy filmów i gier korzystają z tego samego podejścia do tworzenia scenariuszy wiadomo już od dawna i nie ma tutaj nic nadzwyczajnego. Robią tak, bo ludzie chcą to oglądać, grać w to - tyle. Oczywiście wiem, że Avatar to Pocahontas na sterydach, ale mimo to mi się podobał i zapewne jeszcze do niego wrócę. Ale przejdę do tez zawartych w arcie.

Bum na 3D zaczął się już dużo wcześniej i dzieło Camerona nie ma z tym nic wspólnego. Koncerny produkujące sprzęt Audio i Video tak czy siak nakręcają i lobbują tę technologię – w końcu muszą zarobić na niej, skoro w nią zainwestowali. Przed Avatarem byłem na paru filmach w tej technologii i zapewne wybiorę się jeszcze na inne. Ani to dowód za, ani przeciw temu, że to gra bez pada.

Różnorodność świata i jego inność też nie jest dowodem na nic. To jest praktycznie norma w każdej dziedzinie. To, że niektóre rzeczy można porównać z już wcześniej istniejącymi też ma się nijak do potwierdzenia lub obalenia jakiejkolwiek tezy. Niech ktoś pokarze mi całkowicie innowacyjny scenariusz, który jest w pełni nowatorki - beż żadnych zapożyczeń i schematów. Obojętnie, czy mowa o książkach, filmach, czy grach. Bogate w historie i skomplikowane pod względem charakteru postacie bądź ich brak definiuje czy coś jest grą lub nie? No już bez przez przesady. Poziom kreacji i rozmachu wojny? Porównywalność założeń świata? To jakby powiedzieć, że skoro grało się w Call of Duty to po co oglądać Szeregowca Ryana, albo odwrotnie. Jedno i drugie traktuje o II wojnie światowej i tu, i tu mamy lądowanie w Normandii - w końcu to wtórność tematu. Chociaż może tutaj poszedłem już za daleko. Nie mniej nie rozumiem zarzutu ani tego co te porównania mają dowieść? Że deweloperzy też zatrudniają dobrych scenarzystów? To raczej oczywiste – prawa rynku.

„Levelowanie” głównych bohaterów jest tak powszechnym i starym zabiegiem, że nie ma sensu nawet o nim wspominać. Chwyćmy pierwszy lepszy film, książkę czy grę akcji. Główny bohater z biegiem czasu uczy się nowych rzeczy, dostaje lepszy sprzęt pokonuje coraz trudniejszych wrogów itp. Jest to po prostu standard. Tak jest zarówno w samodzielnych tytułach jak i powiązanych ze sobą produkcjach w dowolnej kombinacji jeśli chodzi o medium. Po prostu wcześniej nie nazywano tego w ten sposób.

Rewelacyjny i bajkowy wygląd też nie jest dowodem na nic. Daleko mi do krzyczenia o rewolucji, ale nie da się ukryć, że poziom został podniesiony znacznie przez film Camerona. Nie dziwi mnie to, że dużo osób zachwyca się widokami w Avatarze skoro stoją w takim kontraście to naszej szarej rzeczywistości miast, a do tego biją po oczach swoją odmiennością doboru barw. Tworzenie krajobrazów zapadających w pamięć jest przecież celem każdego twórcy, zarówno filmów jak i gier. Każdy z nas zachwycał się kiedyś czymś tylko dlatego, że było inne od tego co znał i nie ma znaczenia, czy był to film, czy gra.

I teraz przyszedł czas na historię gamingu. Ale o co chodzi? Czy nie znamy tego od lat w innej formie? Weźmy przykład z klasyki – Niekończąca się opowieść i jej główny bohater Bastian. Chłopak, który przeżył tragedię zagłębia się w świecie baśni i książek przeżywa niesamowitą magiczną przygodę zapominając o świecie rzeczywistym. Brzmi znajomo? Co w takim razie z TRON’em? Przecież tam główny bohater jest przenoszony w wirtualny świat i staje się częścią gry komputerowej. Takich przykładów jest przecież więcej.

Gdyby w tym artykule zamiast Avatara był Gladiator, Żołnierze kosmosu, 300, czy jakikolwiek inny film z dużą ilością walki i akcji nikt nie zauważyłby różnicy. Z resztą spójrzmy jak przenikają się obydwa rynki. Każdy wysokobudżetowy tytuł ma swój odpowiednik w postaci gry, która w mniejszym lub większym stopniu jest powieleniem jego fabuły. Od bajek dla dzieci zaczynając na Avatarze kończąc. A co z innymi animacjami komputerowymi? To samo można napisać o Shreku, czy Potworach kontra Obcych? Jedyną różnicą i przewiną Avatara jest to, że miał niesamowity marketing i stał się hitem pod każdym względem, dzieląc wszystkich na tych co pieją nad nim z zachwytu i na tych co tego nie robią. A jak zatem określić filmy na podstawie gier komputerowych?

Całość artykułu sprowadza się do tego, że uważasz ten film za wtórny pod każdym względem, a nie, że to gra bez pada. Wymieszałeś tutaj dwa tematy: „Dlaczego nie uważam, że Avatara jest rewolucyjny” i „Przenikanie się rynku filmów i gier”. Dużo lepiej wypadłoby, gdybyś napisał o tym dwa osobne artykuły. Rozumiem, co miałeś na myśl, ale nie mogę się zgodzić, żeby Avatarowi jako jedynemu przypisywać rzeczy, które są wspólne dla całości rynku.
22-11-2010 13:57
Gonz
Ocena:
0
(+1) [troll]
drugi raz pod tym tekstem popisałem, popisałem i mi zjadło, więc krótko


@Qrak - nie twierdze ani że Avatar jest w tym wszystkim pierwszy ani że jedyny. mieszam wątki celowo, bo - jeszcze raz - wyszedłem z kina i miałem uczucie że już w to grałem, ale wcześniej było fajniej, bo poprzednio fabuła bardziej wciągnęła i sam kierowałem bohaterem. ja wiem że wszystko było, i jak dodać do ewangelii nieco poczucia humoru to świetnie by się nadawała do zadaptowania przez Lucastarts na adventure na silnicu SCUMM z przewrotnym finałowym riddlem.

@Siman - ja się z tobą w paru względach zgadzam (jeśli jestem niezrozumiały to wyłącznie moja wina), w innych częściowo (fakt że mi się podmiot liryczny lubi nadąć, acz nie oznacza to że uważam iż mam rację bezwzlędną, ja tu sobie subiektywizuję, w dodatku nie całkiem serio), a w dużej mierze zupełnie (przed uprawianiem publicystyki - udolnej czy też nie - zgodnie z prawidłami formowania twierdzeń fizycznych niech nas Bóg broni). Nie zmienia to faktu że z Twoich powyższych komentarzy dało by się złożyć przykłady do większości chyba znanych zabiegów erystycznych. może to cynizm taki na zasadzie 'skarcę gnojka jego własną bronią, będzie miał za swoje', może to samo tak Ci wychodzi, nie wiem. wisi mi to. szkoda mi czasu i energii na ciągnięcie tego sporu w takiej formie, bo już się pogubiłem w tym, czy flekujesz myśl tekstu, jego formę, mnie jako autora, coś innego, czy wszystko powyższe.

przyjmijmy więc że avatar to rewolucja, a ja wyładowałem w tym tekście frustrację po tym, jak na seansie mi oczu nie wypaliło. albo pisz dalej. nie wiem. cokolwiek.
22-11-2010 23:33






Konto Polter Plus

Konkurs

Najnowsze teksty

Blogują

16 V :: zegarmistrz :: Rozdział 1: Areszt dla N... (10)
16 V :: Eliash :: W imię pokoju - raport nr 3 (3)
16 V :: Ruffle :: Steampunk MMO (Made in China.... (4)
16 V :: bohomaz :: A sześć lat temu... (20)
16 V :: Onslo :: Universal Brawlin' System (17)
16 V :: nerv0 :: Moje małe inspiracje (25)
15 V :: Aesandill :: Dwa słowa o Zombie w RPG (37)
15 V :: Kazuya86 :: Franko (14)

Na forum

avatar Odpowiedzi: 8
Ostatni post: Gonz
avatar Odpowiedzi: 2
Ostatni post: Dr_Greenthumb
avatar Odpowiedzi: 33
Ostatni post: BOMBER
avatar Odpowiedzi: 1
Ostatni post: Gonz
Odpowiedzi: 3
Ostatni post: Kotylion

Najaktywniejsi

avatar
1. Qrchac
300 pkt.
avatar
2. Gonz
55 pkt.
avatar
3. Marigold
25 pkt.
avatar
4. gower
18 pkt.
avatar
5. repek
1 pkt.
» Więcej o punktach

Facebook